UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Okruchy wspomnień

Oceń ten artykuł
(9 głosów)

... czyli o tym, kto mieszkał w starej plebanii.

Zastanawiam się, skąd czerpać wiadomości o czasach i ludziach, o których nikt nigdy nie napisał. I gdy już zupełnie jestem zdesperowana brakiem źródeł, przypominam sobie o pani Janinie Niemczyk, mieszkance Głoskowa, która opowiadała mi kilka lat temu o doktorze Palmirskim. Umawiamy się na spotkanie i wspomnienia. Pani Janina podkreśla w opowieści, że mając 91 lat mało pamięta, co w jej przypadku na szczęście nie jest prawdą.

 Siedzimy w kawiarence w Złotokłosie. Dostajemy kawę cappuccino z serduszkiem i zupę grochową, menu jest dostosowane do przychodzących tu gości. Za chwilę do kawiarenki na posiłek przychodzą... strażacy, widocznie lubią zupę i szarlotkę, a w końcu klient nasz pan. Jak się okazuje, wybrałam znakomite miejsce na spotkanie, bo po pierwsze opowieść będzie o ludziach mieszkających dawniej w tych okolicach, po drugie kawiarenka jest magiczna i snuta przez panią Janinę opowieść tworzy tu obrazy niezwykle plastyczne.

Opowieść zaczyna się około 1864 r., po powstaniu styczniowym. Z ukazu cara odbierane są majątki ziemskie, uczestników powstania czeka zsyłka na Sybir. Pamiętamy dramatyczne losy proboszcza z Piaseczna, księdza Czajewicza, którego kibitka zabiera z piaseczyńskiej plebanii w lody syberyjskiej tajgi i tundry. Na miejsce Czajewicza zostaje powołany ksiądz Feliks Matulewicz i będzie pełnić funkcję piaseczyńskiego proboszcza aż 40 lat, zejdzie z tego świata w 1902 r. i zostanie pochowany na piaseczyńskim cmentarzu parafialnym razem z przyjacielem, Karolem Smorczewskim. O Smorczewskim pani Janina wie wiele, bo los tego pozbawionego majątku przez carat obywatela ziemskiego złączył się z losem jej babki Anny Lewandowskiej, z domu Głowackiej. Karol mieszkał prawdopodobnie w dworze Zielone, tu niestety nie ma pewności. A było to tak: Pan Smorczewski zobowiązał się zaopiekować rodziną nauczyciela Lewandowskiego, powstańca styczniowego i zesłańca. Wypełnia to zobowiązanie solidnie. Mały Józio, syn nauczyciela, ma obowiązek jadać śniadania z panem Smorczewskim, przy śniadaniu prowadzona jest interesująca dysputa i wyznaczane są obowiązki szkolne, a najważniejsze z nich to przeczytanie zadanych tekstów z książek znajdujących się w bibliotece Smorczewskich. Chłopiec w domu Smorczewskiego zdobywa wiedzę, matka małego Józia prowadzi panu gospodarstwo. Smorczewscy to herbowa szlachta, pochodząca po mieczu z powiatu tykocińskiego, pieczętująca się herbem Rawicz, wykształceni, można ich znaleźć w spisie studentów Uniwersytetu Warszawskiego już na początku XIX wieku. Karol Smorczewski urodził się w Komornikach 25 maja 1838 r.

 Józio Lewandowski tymczasem wyrasta na urodziwego i mądrego młodego człowieka, jego matka postanawia, że chłopiec zostanie... szewcem. Praktyczna kobieta zdaje sobie sprawę, że pozbawiona majątku i stanowisk rodzina będzie bardziej wspierana przez dobrego rzemieślnika niż studenta uniwersytetu. I tak młody szewc zostaje ożeniony z panną Anną Głowacką z Głoskowa. Pan Smorczewski, nawiasem mówiąc Aniela nigdy inaczej o nim nie powie jak „pan”, zaprzyjaźniony z piaseczyńskim proboszczem Matulewiczem, postanawia umieścić rodzinę Lewandowskich na piętrze piaseczyńskiej plebanii. Zamieszka tam w dwóch pokojach Józef z żoną i matką, poprowadzą księdzu proboszczowi gospodarstwo, przydadzą się też do prac w polu i ogrodzie. W plebanii zamieszka też pan Karol Smorczewski. I wszystko ułożyłoby się bajkowo i jak należy, ale widocznie pan Bóg miał inny plan. Aniela, porządkując pokoje plebanii, pewnego dnia zainteresowała się książkami. Dość bogaty księgozbiór zawierał wiele interesujących pozycji książkowych z poezji, prozy i dzieł naukowych jeszcze z czasów poprzednich proboszczów, uzupełniany systematycznie przez księdza Matulewicza, całkowicie pochłonął Andzię. Pani Janina opowiadając o swojej babce powie: "Potem to tylko czytała, a że była piekielnie zdolna, po kilku przeczytaniach, tekst znała na pamięć". Czytała i rodziła dzieci. To było powodem konfliktu z teściową i codziennych sprzeczek, aż pewnego dnia Andzia zapakowała w tobołek trochę ubrań i piechotą poszła do swojej matki, do chaty w Głoskowie. Pani Janina nazywa babkę „prekursorką”. Przeciwstawić się mężowi i teściowej w tych czasach? Trzeba było mieć charakter. Gdy po latach wnuczęta Anny prosiły ją o opowieść, ona cytowała im zapamiętane jeszcze z młodości całe teksty Kraszewskiego lub ballady Adama Mickiewicza, najbardziej lubili „Czaty” i pani Janina deklamuje:

 „Z ogrodowej altany wojewoda zdyszany

 Bieży w zamek z wściekłością i trwogą.

Odchyliwszy zasłony, spojrzał w łoże swej żony.

Pójrzał, zadrżał, nie znalazł nikogo.”

 Już po latach, gdy Lewandowscy pojechali odwiedzić Piaseczno w odpust na św. Annę, babka Aniela idąc z małą Janiną za rękę przez dziedziniec kościoła, wskazała wnuczce małe okna na pietrze plebanii i powiedziała – Tam mieszkałam w młodości. Tylko tyle, tak lakonicznie, ale dziewczynka zapamiętała tę chwilę na całe życie. Jakie było Piaseczno księdza Matulewicza? Bardzo ciekawe i wymagające pracy. Po pierwsze, kościół św. Anny w 1899 r. był w złym stanie, po drugie panowała bieda. Wywieszona puszka z prośbą o datki na remont i inne potrzeby ciągle była pusta. Lato ulewne, chłopi sprzedawali siano i słomę za pół ceny, w miejscowości Łubna za Piasecznem runął komin cegielni, podmyty wodą. Trudno było liczyć na zbiórkę pieniędzy od parafian. Odnowienie ołtarza głównego i obrazu św. Trójcy wymaga około 4 tys. rubli. Na szczęście kościół zaczyna licznie odwiedzać publiczność warszawska i skarbonka wystawiona przez księdza szybko się napełnia. Przyjazd Warszawiaków ma związek z uruchomieniem kolejki wąskotorowej. W 1902 r. ksiądz proboszcz zarządza malowanie elewacji kościoła farbą klejową. Rozpoczęto prace konserwatorskie przy ołtarzu wielkim, złotnicy malują elementy ołtarza i na odpust trzeba będzie ustawić ołtarz zapasowy. Od placu kościelnego do stacji kolejki układane są drewniane chodniki. Miasto zaczyna odżywać. W okolicy cmentarza parafialnego powstaje kilka domów dla letników, a niektóre ulice dostały nowe tablice z nazwami w dwóch językach, na przykład ulice Zgoda i Chyliczkowska.

Kończy się moje spotkanie z panią Janiną, wracamy do rzeczywistości, po szarlotce zostały tylko okruchy, szkoda, bo była pyszna. Pojedziemy jeszcze obejrzeć starą owczarnię, budowaną z tego samego kamienia, co kościół w Jazgarzewie, zerkniemy na cmentarz z pierwszej wojny (niedawno odnowiony). Obiecujemy sobie obie, że wrócimy do tematu mieszkańców plebanii niebawem.

 

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Reklama

Strona społecznościowa

Reklama

Reklama