UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem
Monografia Piaseczna Jacek Mrówczyński

Monografia Piaseczna

Oceń ten artykuł
(10 głosów)

Książka Tadeusza Jana Żmudzińskiego „Piaseczno miasto królewskie i narodowe 1429-1933” w sklepie internetowym osiąga ceny powyżej 150 zł. Za wydanie z 1934 roku można zapłacić nawet 400 zł. Cena godna takich bestsellerów jak 7 tomów Harry’ego Pottera. Oprawiona w skórę monografia może kosztować nawet 1 400 zł. Każdy mieszkaniec Piaseczna powinien książkę mieć w swojej bibliotece z zastrzeżeniem, że zna jej genezę.


No cóż, wierzymy, że przedwojenna monografia Piaseczna, napisana wydawałoby się solidnie i z polotem, zawierająca nawet wątki romantyczne, jak ten prawie wyjęty z Jacka Londona, jak to w śnieżycy i w 4-metrowych zaspach zimą roku 1929 bohaterski burmistrz zmierza na ratunek osieroconemu miastu, pogrążonemu w ciemnościach, głodzie i 40-stopniowym mrozie, ma solidne miejsce w sercach wielu historyków. Adolf Małyszko skomentuje w swojej książce, że dziwi go ta podróż pana burmistrza, gdyż po pierwsze można było jechać w dzień, a nie nocą, po drugie 14 km w podróży to faktycznie wyczyn niebywały, a po trzecie: nie było powodu do tej podróży. A tak naprawdę to Małyszko w ogóle nie wierzy, że taka podróż się odbyła.
Przez osiemdziesiąt lat wspierania się badaczy historii Piaseczna tekstem Żmudzińskiego, aż żal wszystkich rozczarować i oświadczyć tak jawnie i otwarcie, że pan Żmudziński zakpił sobie z czytelnika. Żeby tylko z czytelnika! Zakpił sobie z wąsatych i pejsatych rajców miejskich, zakpił sobie z poważnych sędziów i księgowych magistratu, którzy wydali całe 6 tys. zł z kasy miasta na wydanie książki. Krytyka dzieła Żmudzińskiego to jak kopnięcie w kolumnę jońską podtrzymującą Erechtejon na Akropolu i obserwowanie jak wali się dach tej odwiecznej budowli na głowę kopiącego. Dlatego zastrzegam – nie Żmudzińskiego należy krytykować. Żmudziński wywiązał się ze swojej pracy perfekcyjnie, napisał hymn pochwalny zgodnie z zamówieniem, a że był bardziej predysponowany do pisania tekstów kabaretowych, wyszło, jak wyszło. Trochę poniosła go fantazja. Trochę też pomyliły mu się niektóre postacie historyczne, a szczególnie książęta mazowieccy, ale kto by tam na to zważał. Ważne, że wiedział, na której ulicy Piaseczna była kasa magistratu. Pierwsza część monografii napisana jest na podstawie badań Juliusza Szewczyka i też herb miasta widniejący na okładce monografii jest jego propozycją.
Józef Herb natomiast wiedział, że dobra prasa to 100% sukcesu, aby pięknie przejść do historii. I byłoby wszystko dobrze na wieki wieków, ale znalazł się ktoś, kogo zdenerwował panegiryk Żmudzińskiego i liczne „przekręty” burmistrza. Może się obawiał ten ktoś, że mało osób po latach wyciągnie prawdę z między wierszy? Taka była geneza powstania riposty, czyli opowieść o szemranych interesach Józefa Herba.
Kim był autor komentarza do dzieła Żmudzińskiego? Oto pułkownik Adolf Małyszko. Małyszko, który przypomniał mi się w trakcie pisania artykułu o słynnym twórcy spółdzielni „Odrodzenie”, prezesie Franciszku Strzelcu, łasym na wdzięki pracownic tejże spółdzielni, ale o tym w innym opowiadaniu. W 1934 roku Małyszko został wybrany do Rady Miasta Piaseczna, następnie do Sejmiku Powiatowego w Warszawie. I natychmiast napisał książeczkę pod tytułem „O monografii Piaseczna”, która szczególnie wnikliwie analizuje część drugą monografii pióra Żmudzińskiego dotyczącą okresu rządów w mieście burmistrza Herba. Małyszko opublikował swoje dzieło pod pseudonimem Kazimierz Litwiński.
Zacznijmy od początku. 18 lipca 1927 roku po śmierci nieodżałowanego burmistrza Wacława Kauna i perturbacjach w wyborze nowego burmistrza Piaseczna, nominowany zostaje Józef Herb.
Herb nie był mieszkańcem miasta, mieszkał w Warszawie, był z kręgu kolonistów niemieckich, z zawodu był zdunem i nie miał czasu na solidne wywiązywanie się z powierzonego mu stanowiska. W Piasecznie bywał tylko 3 razy w tygodniu. Pobierał kolosalne wynagrodzenie w wysokości 900 zł miesięcznie. W ciągu kilku lat rządów zdołał poczynić wiele „biznesowych ruchów”, co zapewne wzbogaciło jego kieszeń, a powiększyło zadłużenie miasta. Wymieńmy tu kilka „genialnych” posunięć finansowych.
Szkoła
Już za burmistrza Wacława Kauna myślano o pobudowaniu nowej szkoły. Kaun zakupił w tym celu działkę przy ulicy Świętojańskiej, ale po jego śmierci sprawa budowy szkoły stanęła. Postanowiono za burmistrza Herba adaptować na cele szkolne dom przy ulicy Warszawskiej. Dom był własnością Towarzystwa Opieki nad Dziećmi. Zbudowany z cegły dobrej jakości, dostatecznie duży (29 izb), uszkodzony działaniami w czasie wojny, mógł być po odbudowie doskonałym miejscem na szkołę. Wacław Kaun miał w projekcie odkupienie budynku i wyremontowanie. Józef Herb kupuje posiadłość dla siebie za niską cenę, błyskawicznie rozbiera budynek, a cegłę sprzedaje. Przy ulicy Kniaziewicza w swoim domu wynajmuje kilka pomieszczeń na szkołę. Tu też odbywają się komisje poborowe, spotkania towarzystw społecznych. Czyli doskonały interesik!
Rynek
Zabrukowany kocimi łbami. Burmistrz proponuje położenie kostki brukowej. I jak pisze Małyszko – „Ułożono jednak nie kostkę, lecz dziki brukowiec sprowadzony z dalekich kresów znad Horynia z kamieniołomów, należących do brata burmistrza Herba. Koszty brukowania rynku wyniosły 40 tysięcy zł”.
Elektrownia
Za czasów burmistrza Kauna zelektryfikowano miasto. W okolicach łaźni miejskiej posiadaliśmy własną elektrownię. Czas spowodował, że należało podjąć decyzję o doinwestowanie budynków i maszyn. Decyzja była trudna, gdyż Pruszków w tym czasie ciągnął linię do Jeziorny i można było przeanalizować koszty prądu w obu przypadkach i policzyć zyski dla miasta. Nie zrobiono tego, naiwnie sądząc, że miejscowości Borówka, Zalesie i Wólka Kozodawska dalej będą kupować prąd z Piaseczna. Ciekawa jestem, jak to chciano wymusić na owych osiedlach, skoro prąd z Piaseczna kosztował 43 grosze za kilowatogodzinę, a z Pruszkowa 27 groszy!? Burmistrz powoduje, że zostają zakupione nowe maszyny dla piaseczyńskiej elektrowni. Elektrownia w końcu przestaje produkować prąd, bo Piaseczno przyłącza się do linii pruszkowskiej (!), tracąc około 60 tysięcy złotych na tej inwestycji. No i co dalej? A no jak zawsze. Rada Miasta przyznaje burmistrzowi nagrodę za „osobiste zaangażowanie w sprawę elektrowni”, jest to suma w wysokości 16 tys. zł.
Herb odchodząc ze stanowiska burmistrza w 1933 roku, pozostawia Piaseczno z długiem powiększonym z 13% majątku miasta w 1927 roku do 19%. Nic dziwnego, skoro utrzymanie administracji w Piasecznie kosztowało 43 tysiące! Dla porównania Góra Kalwaria wydaje w tym samym czasie na ten cel 27 tysięcy. (cdn.)

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Reklama

Strona społecznościowa

Reklama

Reklama