UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem
Oceń ten artykuł
(11 głosów)

W liście do harcerzy rozpoczynającym album jeszcze pachnący drukarnią, wydany przez Gminę Piaseczno w 60. rocznicę powstania piaseczyńskiego Hufca ZHP im. Bohaterów Pokoju, burmistrz Piaseczna Zdzisław Lis pisze: „W harcerstwie nawiązują się relacje, które wytrzymują próbę czasu. To tu utrwalają się przyjaźnie na całe życie. Piaseczyńska wspólnota harcerska jest właśnie tego przykładem”.


Ileż to barwnych postaci ze świata harcerskiego pojawia się w mojej pamięci związanych z Piasecznem lat 60. i 70. XX wieku, ile to ludzi całym sercem zaangażowanych w pracę z dziećmi i młodzieżą! Trudno mi wymienić tu wszystkich, których znam: hm. Bogusia Wojtach, hm. Alicja Kyrc, hm. Elżbieta Witkoś, hm. Jurek Kolanowski, hm. Kazio Lenarczk, phm. Aniceta Solecka-Maciejewska, hm. Bohdan Orłowski, phm. Zbyszek Ostrowski, hm. Halinka Kotkiewicz, hm. Andrzej Koprowski, phm Andrzej Lach, hm. Sylwek Cacek. To są harcerze, których znałam osobiście i miałam ten zaszczyt obserwacji ich pracy z dziećmi i młodzieżą – to ludzie legendy.
Hm. Elżbieta Witkoś i phm. Arkadiusz Czapski, którzy zgodzili się na spotkanie ze mną i na opowiedzenie mi wielu ciekawych wydarzeń ze swojej pracy z harcerzami, też podkreślają właśnie te wartości – przyjaźń i umiejętność pracy w zespole, radzenie sobie w trudnych sytuacjach, umiejętność weryfikacji tego, co nieważne i utrwalanie w świadomości młodego człowieka tego, co najważniejsze, odpowiedzialność za siebie i innych. A najważniejsze w harcerstwie jest też to, mówi Elżbieta, że te wartości przechodzą z pokolenia na pokolenie. Dzieci i wnuki instruktorów piaseczyńskich są zuchami i harcerzami.
Bandera
Tu ciekawostka i dowód na ciągłość pracy w piaseczyńskim Hufcu, zacznę od początku. Instruktorzy uczyli się zasad prowadzenia drużyny. W latach 1957-1958 kształcenie prowadzone było w Drużynie Drużynowych „Puszcza” przez dh. Jacka Puchnowskiego i dh. Kazimierza Lenarczyka. Pierwszy kurs drużynowych odbył się w 1960 roku nad jeziorem Serwy, komendantem był dh Lenarczyk. Od tego roku został wprowadzony zwyczaj naszywania na banderę Drużyny Drużynowych listków dębowych z zapisaną na nich datą i miejscem spotkania, każdy liść to symbol jednego kursu. Pierwszy liść jest z 1960 roku, ostatni liść jest z XXIV kursu z roku 2015. Od 1960 roku do dziś jest zwyczaj noszenia przez instruktorów i uczestników kursu chusty z emblematem „Puszczy”.
Druhna Ela zwana Witkosiową
Elżbieta Witkoś (Świetlik) nauczycielka, dyrektorka SP w Chylicach, wstąpiła do harcerstwa w 1958 roku, zobowiązanie instruktorskie złożyła w 1961 roku. Była drużynową 33. DH w Szkole Podstawowej nr 1 w Piasecznie przy ulicy Świętojańskiej, a następnie założyła 52. Drużynę Harcerską w Jazgarzewie. I w jazgarzewskiej drużynie po raz pierwszy spotkała, wtedy małą dziewczynkę, Anicetę Soleckę (dziś Maciejewską). Dziś obie legendarne piaseczyńskie harcerki. Hm. Elżbieta prowadziła wiele samodzielnych obozów harcerskich i wiele zgrupowań obozowych. Opowieści o nich krążą w środowisku do dziś. Całoroczna praca to przygotowania do wielu wydarzeń – rajdów, zimowisk, festiwali piosenki harcerskiej, ognisk i gawęd itd. A wszystko to w imię właściwie pojętej, zdrowej rywalizacji. A ponieważ wakacje tuż, tuż i obozy harcerskie już przygotowane, grupy kwatermistrzowskie wyruszyły na miejsce obozowisk, zapytałam Elżbietę o jej wrażenia z tych obozów, które obozy najbardziej utkwiły jej w pamięci.
Zupa jagodowa na kościach
Pierwszy obóz, raz w całej historii harcerstwa Elżbiety udało się jej być szeregowym uczestnikiem. Dziewczęta wracają drużyną z wędrówki. Głodne. Niespodzianka. Drużyna męska zaprasza koleżanki na obiad. Znakomita zupa jagodowa, ulubiona potrawa harcerzy, jak wiadomo w lesie jagód dostatek. Podano zupę, ale coś dziwne oka w niej pływają, jakby rosołowe. Na pytanie dziewcząt – „A z czego te oka?”, chłopcy dumie odpowiadają, że aby zupa była treściwa, jagody ugotowano na wywarze z kości! Kto nie jadł, niech żałuje! To był czas, w którym harcerze gotowali sami, nie było kucharek. Nie dość, że gotowali sami, to jeszcze musieli sami wybudować kuchnię, nazbierać kamieni na polu, zabezpieczyć dostateczną ilość gliny, zabrać blaty kuchenne i rury. Ta zduńska robota wcale nie była łatwa. Kuchnia nie mogła dymić, nie mogły do środka paleniska wpadać garnki. Czasy były takie, że gdy nie zabrano chochli do zupy, co chyba się nie zdarzyło, kupić wielką chochlę w pobliskim miasteczku było niemożliwością. A jadłospis? To już wyobraźnia zastępu dyżurnego.
Elżbieta i Arek zadają mi pytanie – „Jakie danie miało zawsze na obozie największe powodzenie?” – okazuje się, że kluski z jagodami (nazbieranymi przez samych harcerzy) śmietaną i cukrem. Menażki po takim obiedzie były „czyste”. To był też czas, w którym budowano prycze i napełniano sienniki. W spisie ekwipunku, który należy zabrać na obóz, oprócz menażki, łyżki i metalowego kubka był obowiązkowo do zabrania siennik. Harcerze szli do wsi i napełniali sienniki, ale komu by się chciało napełnić siennik solidnie. I tu sprawdzało się przysłowie – jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz. Kto nie wypełnił porządnie siennika, spał na żerdkach. I trzeba było ponownie maszerować do wsi. Grupa kwatermistrzowska miała za zadanie przygotować optymalnie bezpieczne miejsce na obóz, przygotować np. żerdki do budowy pryczy i półek. Budowano ogrodzenia i bramy obozowe, fantazyjne i często naprawdę piękne architektonicznie.
Zaginięcie druha wędkarza, czyli horror w obozie
Zdarzało się i tak, że druhna komendantka musiała wspierać się duża ilością waleriany. Pewnego dnia wieczorem jeden z harcerzy, Stasio Markowski, poprosił o możliwość powędkowania, był zapalonym wędkarzem i na ogół dostawał zezwolenie na wędkowanie, ale tym razem nie dostał zgody. Na drugi dzień była przewidziana wędrówka i należało być wyspanym. Jest środek nocy. Do komendantki obozu przychodzą wartowniczki i meldują, że druh Markowski udał się pół godziny temu do latryny i nie wrócił. Od strony jeziora było słychać wołanie – „Ratunku, ratunku!”. Komendantką obozu była Elżbieta, komendantem zgrupowania był Kazio Lenarczyk. Przeszukano obóz i brzeg jeziora. W namiocie stoi wędka, czyli zaginiony harcerz na ryby nie poszedł. Noc stała się upiorna. Została zawiadomiona milicja. Rano i to wcale nie o świcie komendantka obozu dostaje następującą informację – na przeciwległym brzegu jeziora w obozie Cepelii jest zguba do odebrania, prosimy się zgłosić z wiadrem jagód. Zamiast bandery „zwinęli” druha Stasia. Niestety, zamiast jagód była milicja. Bo dowcip nie był w stylu harcerskim (cdn.).
W następnej części opowieści będzie o „burzy z piorunami kulistymi”, opowieść druha Arkadiusza, o tym co robić, żeby nie zwinęli bandery, i o odpowiedzialności.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Reklama

Strona społecznościowa

Reklama

Reklama