UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Dechy, czyli bal pod sosną

Oceń ten artykuł
(14 głosów)

W świetle lampionów z kolorowych żarówek, pod dachem z gwiazd między gałęziami piaseczyńskich sosen, na parkiecie zbitym z desek położonych na piasku plaży nad Jeziorką, dźwięk akordeonu zaprasza do walca, pierwsza para rusza na parkiet. Piaseczno swój fason ma i szyk.

Tańczą jak zawodowi tancerze, to strażak pan Ksawery i jego żona krawcowa Helena, oboje z ulicy Bema w Piasecznie. Dostojna para tańcząca z gracją w rytm na 3/4 do piosenki o pięknej linii melodycznej pod tytułem „Bal na Gnojnej”, jest elegancka, a piosenka to nie żadne tam „usia, siusia”, to piosenka apaszowska z interesującą historią. Muszę jednak zacząć od jazzu, którego, nawiasem mówiąc, granie było zakazane od 1950 roku, aż do odwilży po 1956 roku.
W sierpniu 2013 roku na festiwalu Warszawa Singera zagrał jeden z najpopularniejszych muzyków jazzowych Kanady Ron Davis. Davis, jak sam mówi o sobie, jest synem Węgra i Polki. Ron Davis opowiadał interesującą historię: „Moja mama, która trafiła do warszawskiego getta, mając tylko 14 lat, opowiadała o swoich wojennych przeżyciach. Ale czasem sama sobie przeczyła, czasem nie wierzyliśmy. Dorastałem więc ze sceptycznym nastawieniem wobec tych opowieści. Jedna z nich była o ojcu mamy, moim dziadku Józefie Ładowskim, który miał herbaciarnię przy ulicy Gnojnej potem Rynek 7, wszyscy politycy tam przychodzili, nawet Piłsudski, napisano o tym piosenkę”. Nuty tej piosenki znalazły się niedawno na wystawie w Kanadzie i matka Rona zaczęła pytać znajomych Polaków, czy znają ten utwór, szybko okazało się, że prócz paru bardzo młodych ludzi, znają go wszyscy Polacy. Walc skomponowany w latach 30. XX wieku przez rosyjską kompozytorkę Fanny Gordon do słów Juliana Krzewinskiego i Leopolda Brodzińskiego ma dwie wersje tytułu „Bal na Gnojnej” i „Bal u Grubego Joska”.
Czy w herbaciarni „Grubego Joska” bywał Piłsudski, tego nie wiem. Na pewno częstym bywalcem był Wieniawa-Długoszowski. Gdy zamykano „Adrię” o godzinie drugiej, a noc była „taka piękna”, wszyscy szli do Joska. Josek niby nie sprzedawał alkoholu, ale w lokalu to tu, to tam siedziały jakieś ciemne typy, u których z kieszeni marynarek wystawały flaszki. Josek ponoć potrafił wypić jednym pociągnięciem pół litra spirytusu, to imponowało. W lokalu był spokój, bo gospodarz budził respekt, kto znał Joska, to „czuł mojrę”.
Aż pewnego dnia gazety warszawskie, a było to w 8 października 1932 roku, napisały, że Josek zmarł wczoraj o 23.00 w wieku 32 lat na zawał. Ech:
Harmonia na trzy-czwarte z cicha łka,
Ferajna tańczy, ja nie tańczę.
Dlaczegoż bal na Gnojnej ach co dnia,
Gdy niejednej pary dziś brak.
W 1933 roku w teatrze warszawskim „Morskie Oko” odbyła się premiera widowiska scenicznego „Dodatek Nadzwyczajny”, w którym to widowisku zaistniał lokal „U Grubego Joska”, powstanie tekstu piosenki datowane jest na 1934 rok. Piosenka szybko staje się ponadczasowym przebojem.
Tymczasem wróćmy do lat 50. XX wieku i Piaseczna. Sobotni lub niedzielny wieczór i wszyscy mieszkańcy Piaseczna zmierzają na dechy do Zalesia Dolnego. Organizatorami potańcówek są władza ludowa wraz z dzielnymi strażakami z OSP. Strażacy zbijają parkiet z desek i scenę, parkiet otaczają barierką, na scenie zasiada orkiestra, żaden tam patefon i głośniki, musi być „prawdziwa” muzyka. Najczęściej był to kwartet złożony z akordeonisty, gitarzysty lub mandolinisty, kontrabasisty i małych instrumentów perkusyjnych typu tamburyn jako część sekcji rytmicznej. Grano tanga, walce, polki, fokstroty, ale też popularne przeboje radiowe, jak np. „Serduszko puka w rytmie cza-cza” Marii Koterbskiej, „Cicha woda” Zbigniewa Kurtycza, „Na prawo most, na lewo most” Chóru Czejanda. Jednak zawsze największe powodzenia miały piosenki apaszowskie, jak wspomniana piosenka „Bal na Gnojnej”, „Chodź na Pragę” czy „Felek Zdankiewicz”. „Felka Zdankiewicza” śpiewały nawet przedszkolaki.
Wstęp na parkiet był za okazaniem biletu. Czasami każdy „kawałek”, taniec, trzeba było zapłacić osobno. Zawsze płacił mężczyzna. Kawalerowie, jeśli chcieli obtańczyć kilka pań lub z tą jedną już wybraną potańczyć dłużej, kupowali bilety na zapas. „A co? Ma siee ten gest” (choć w zastaw poszła jesionka). Pieniądze z kasy zbierane były na jakiś szczytny cel, jak np. odbudowę stolicy. Funkcjonował też bufet. W bliższej i dalszej odległości od parkietu zasiadano na kocykach i raczono się wódeczką i jedzeniem pod bacznym okiem organizatorów. Kto przychodził na tego typu potańcówki? Ludzie ze wszystkich środowisk, ale najczęściej byli to mieszkańcy dużych kamienic, pracownicy większych zakładów pracy i młodzież, zawsze chętna na tańce. Gdzie dziewczęta z tamtych lat?
„A kiedy, bracie, tańczysz z naszą Leokadią,
to wtedy w łapie najmniej ze sto kilo masz”.
Tak, trzeba to jasno powiedzieć, dziewczyna lat 50. XX wieku nie mogła być chuda. Chudość uważano za chorobę, o chudej pannie mówiono, że to zapewne gruźliczka. A moda? Były modne wąskie spódnice za kolona, bluzki w ramionach podniesione poduszkami, sukienki marszczone w pasie, buty na koturnie. Często do tańca używano tenisówek farbowanych na czarno. Doszywano do nich sznurowadła i wiązano je krzyżując wysoko na łydce.
I komu to przeszkadzało? Kiedy zakończono te mające duże powodzenie zabawy? Wszystko przez to „arystokratyczne Zalesie Dolne”. W 1957 roku tygodnik „Przyjaciółka” opublikował list czytelniczki z Zalesia Dolnego, która skarży się, że od 1 maja w lesie na granicy Piaseczna i Zalesia Dolnego tuż przy szosie straż pożarna z Piaseczna organizuje niedzielne zabawy „na deskach”. Z początku muzyka grała do 22.00 lub 22.30 i nikomu to nie przeszkadzało, lecz gdy zabawy zaczęły przeciągać się do 24.00 albo i później, zaczęły się też bójki i awantury. Najbardziej przykre jest to, jak donosi czytelniczka, że w dniu 16 czerwca 1957 roku doszło do strzelaniny na parkiecie. W Piasecznie po wojnie było dużo broni wszelkiego kalibru. Okoliczni mieszkańcy Zalesia zwrócili się wtedy do Miejskiej Rady Narodowej z prośba o zaprzestanie organizowania tańców na dechach. List podpisało 20 rodzin. MRN prośbę mieszkańców poparła i 7 lipca 1957 roku zabawy nie było. Minęło trochę czasu i znów zorganizowano „dechy”. I tym razem muzyka grała do 24.00. No to „tym razem” mieszkańcy Zalesia wysłali list do Powiatowej Rady Narodowej podpisany przez 30 rodzin. Zastępca przewodniczącego PRN odpowiedział, cytuję: „...mieszkańcy nie mogą zabraniać urządzania zabaw i będą się nadal odbywały. Na skargi mieszkańców odpowiedziano krótko: utrzymaniem porządku musi się zająć komisja porządkowa, a za bójki będą odpowiadać ci, co je wszczynają”. Dechy w Piasecznie przetrwały jeszcze do początku lat 60. XX wieku, były organizowane w różnych miejscach miasta. Aż odeszły razem z tancerzami.
Polski świat muzyczny zdobywał jazz w klubach muzycznych.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Reklama

Strona społecznościowa

Reklama

Reklama