UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Wycieczka z Piaseczna w stronę Tarczyna jest dla mnie zawsze atrakcją, otwarcie rzecz traktując, napiszę, że koi moje nerwy, wprowadzając wyobraźnię w stan nieco magiczny. Sam Tarczyn to miasteczko jak z XIX wieku i gdyby odnowić niektóre kamieniczki, byłoby to miejsce szczególnie ciekawe i ładne. Szosa w stronę Mszczonowa z nową nawierzchnią zachęca do wyprawy samochodowej lub rowerowej. Za Tarczynem interesujący Dwór Many, obiekt ze sporym parkiem, aleją starych drzew, a kilka kilometrów dalej łowiska rybne i klimat iście mazurski.

W świetle lampionów z kolorowych żarówek, pod dachem z gwiazd między gałęziami piaseczyńskich sosen, na parkiecie zbitym z desek położonych na piasku plaży nad Jeziorką, dźwięk akordeonu zaprasza do walca, pierwsza para rusza na parkiet. Piaseczno swój fason ma i szyk.

Książka Tadeusza Jana Żmudzińskiego „Piaseczno miasto królewskie i narodowe 1429-1933” w sklepie internetowym osiąga ceny powyżej 150 zł. Za wydanie z 1934 roku można zapłacić nawet 400 zł. Cena godna takich bestsellerów jak 7 tomów Harry’ego Pottera. Oprawiona w skórę monografia może kosztować nawet 1 400 zł. Każdy mieszkaniec Piaseczna powinien książkę mieć w swojej bibliotece z zastrzeżeniem, że zna jej genezę.

W czerwcu 1930 roku Piaseczno stanęło przed widmem katastrofy finansowej. Okazało się, że kasa miasta jest pusta.

„Harcerskie pozdrowienie „Czuwaj” pochodzi z czasów rycerskich, kiedy podczas nocnej służby strażnicy na murach miejskich nawoływali się w ten sposób”.

Harcerze

W liście do harcerzy rozpoczynającym album jeszcze pachnący drukarnią, wydany przez Gminę Piaseczno w 60. rocznicę powstania piaseczyńskiego Hufca ZHP im. Bohaterów Pokoju, burmistrz Piaseczna Zdzisław Lis pisze: „W harcerstwie nawiązują się relacje, które wytrzymują próbę czasu. To tu utrwalają się przyjaźnie na całe życie. Piaseczyńska wspólnota harcerska jest właśnie tego przykładem”.

Dzieci przykucnęły w trawie i obserwowały owada pożeranego przez mięsożerną roślinę. Rosiczka wabiła owady zwodniczymi kroplami rosy, oklejała nieszczęśnika syropem i wciągała w otchłań niebytu, wystarczyło, że biedak usiadł na liściu żarłocznej rośliny i jego los był przesądzony, resztki rozwiewał wiatr. Kilka par dziecięcych oczu z przerażeniem i zaciekawieniem patrzyło na ten niesamowity spektakl. To jest pierwsza opowieść, którą usłyszałam na spotkaniu z rodziną państwa Żurawskich i państwa Orzechowskich. Druga to ta o owocach z sadu i dzieciach z „Jasnego domu” w Piasecznie.

Czy w Piasecznie był dom dziecka instytucji Lebensborn? Natrafiam na informację, iż w 1943 roku wykonano sekcje zwłok Franza Martina S. małego chłopca z domu dziecka i jest to informacja z Lebensbornkindern z Piaseczna. Druga wiadomość to przekazywana drogą forów internetowych historia ewangelickiego domu sierot przy ulicy Karolkowej 77 w Warszawie. Twierdzi się, że dzieci z tego sierocińca zostały przeniesione przed Powstaniem Warszawskim do Piaseczna, a następnie ewakuowane zostały do Karlsbadu. Czyżby mały Henryk Sceck też tam został wywieziony?

Chory, niepojęty dla przyzwoitego człowieka umysł rozkręcił tę zdumiewającą machinę, powołując do życia w ramach SS instytucję Lebensborn eingetragener Verein, co w języku polskim znaczy – stowarzyszenie „Źródło życia”.

Od ponad pół roku od wywiadu z panami Jackiem i Marcinem Żeglińskimi nie byłam w stanie zabrać się do napisania tej historii.

Reklama

Strona społecznościowa

Reklama

Reklama