UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Pokłosie wolności

Oceń ten artykuł
(1 głos)

Kiedyś, niby wieki temu, ale w zasadzie niedawno, były listy do redakcji.

Człowiek musiał usiąść, zastanowić się, napisać list, pójść na pocztę i wysłać. Redakcja, z racji ograniczonego miejsca, musiała wybrać spośród wielu listów te najciekawsze. I faktycznie, „Wysokie Obcasy” na przykład zawsze zaczynałam czytać od listów do redakcji. Były (są, bo WO zostawiły ten dział) pełne treści, prawdziwych problemów i prawdziwych spostrzeżeń.
Do niektórych gazet można było zadzwonić, Stołeczna na drugiej stronie drukowała telefony od czytelników.
Pojawiły się fora internetowe, gdzie każdy mógł napisać, co mu się podoba, ale... Obowiązywała netykieta. Na niektórych forach pilnowana, na innych nie. Ludzie byli anonimowi, więc pozwalali sobie na wiele. Choć na przykład na lokalnych forach anonimowość nie istniała, bo każdy się w zasadzie znał. Ba! W Piasecznie organizowano specjalne spotkania, aby ludzie z forów mogli się ze sobą poznać, a co za tym idzie poznać swoich sąsiadów.
W tym samym czasie (generalnie od momentu uzyskania powszechnego dostępu do internetu szerokopasmowego w Polsce, wszystko powstało tak szybko, że tylko Facebook chyba nie powstał w tym samym czasie) powstały portale, które listy i maile do redakcji zamieniły na komentarze.
Nie ma chyba w internecie niczego bardziej demokratycznego niż komentarze. Oczywiście każdy może założyć bloga, stronę, kanał na YouTube i publikować tam sobie, co chce, w granicach prawa. Tyle że większości blogów, stron, kanałów nikt nie ogląda, bo jest ich prawie tyle co nas.
Komentarze natomiast publikujemy pod czym się da, w tym pod bardzo popularnymi artykułami, filmikami czy postami. I nagle okazuje się, ze Zenon z Kondrajca Pańskiego może się publicznie wypowiedzieć na temat wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych Ameryki, a Mariola z Jadowników Mokrych, może wyrazić swój sprzeciw wobec zaostrzaniu ustawy antyaborcyjnej. Albo na odwrót.
I to jest wartość komentarzy nie do przecenienia. Fakt istnienia takiego narzędzia, dzięki któremu absolutnie każdy może się wypowiedzieć, zaznaczyć swoja obecność i wyrazić zdanie, a co za tym idzie zostać zauważonym i usłyszanym, jest ogólnie rzecz mówiąc, genialny.
Niestety, komentarze podobnie jak demokracja, w swej istocie mają wady. Wady są takie same jak zalety, czyli to, że wypowiedzieć może się każdy, a nie każdy powinien.
Jest to doskonałe narzędzie dla wszelkiej maści frustratów, oszołomów i schizofreników, którzy z powodu swej ogromnej wewnętrznej odwagi, posługują się najczęściej fałszywymi kontami na Facebooku (nie przejmują się, że Zuckerberg zaraz im skasuje fałszywe konto, bo przecież założą sobie drugie), a na dodatek często dyskutują z samymi sobą, poprzez różne konta. Myśląc chyba, że nikt się w tym nie orientuje.
Na szczęście, podobnie jak w demokracji, plusy przesłaniają minusy istnienia możliwości wypowiadania się wszystkich i prawie w każdej, nawet najbardziej żenującej dyskusji można znaleźć jakiś głos rozsądku.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Reklama

Strona społecznościowa

Reklama

Reklama