UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Osobowość sceniczna

Oceń ten artykuł
(1 głos)

Kilka tygodni temu miałam okazję uczestniczyć w niepowtarzalnym koncercie.

W ramach trasy „Fayrant” na warszawskim Torwarze zagrał zespół Hey. Wydarzenie o tyle wyjątkowe, że to jednocześnie trasa jubileuszowa i pożegnalna – po 25 latach zespół rozwiązuje działalność.

Moja przygoda z Heyem zaczęła się w 1994 r., kiedy siostra przyniosła do domu kasetę „Fire” – ich pierwszy album. Jako bardzo małoletni szczypior, nie wszystkie teksty rozumiałam (może to i lepiej?), ale muzyka natychmiast przypadła mi do gustu i przez kolejne miesiące zajeżdżałam kasetę do upadłego na wysłużonym dwukasetowym „jamniku” marki NEC. Kiedy w moje ręce wpadł ich drugi album „Ho!”, rodzina miała chyba ochotę wysłać mnie do szkoły z internatem, albo przynajmniej urządzić mi pokój w piwnicy, byle tylko nie słyszeć mojego ciągłego zawodzenia o tym, że „niekochanym dzieciom wciąż chłodno”. Mijały lata, weszłam w okres pierwszych zakochań i młodzieńczego buntu, szczęśliwie wyrosłam z obu, weszłam w etap szukania siebie, gubienia i ponownego odnajdywania, wreszcie wkroczyłam w dorosłość, a piosenki Nosowskiej i spółki wciąż były ze mną – i są do dziś. Kiedy więc zobaczyłam w Internecie informację o jubileuszowym koncercie – wiedziałam, że muszę tam być.

Wydarzenie nie zawiodło mnie nawet przez sekundę, nie tylko z powodu ogromnego ładunku sentymentalnego. Oto Kasia Nosowska, ze swoją – eufemistycznie rzecz ujmując – oszczędną choreografią, wypełniła scenę po brzegi. To ogromna sztuka, która dla większości artystów wydaje się nieosiągalna. Podczas, gdy inni uciekają się do efektów, czy to w postaci fikuśnych akrobacji, pirotechniki czy wymyślnych kostiumów, Madame Nosowska po prostu stoi na scenie, ubrana w – jak sama to określa – plandekę (czyli obszerną sukienkę), od czasu do czasu pomacha ręką, w chwili uniesienia nawet obiema. I to w zupełności wystarcza.

Wracając z koncertu myślałam nad fenomenem Nosowskiej. Na czym to polega? Jak ona to robi, że po prostu istniejąc na scenie osiąga więcej, niż niejedna Rabczewska czy inna Cerekwicka tańcząc i fruwając? Odpowiedzi nasunęły się szybko – ona po prostu nie potrzebuje świecidełek. Zgodnie ze starym powiedzeniem, prawdziwa sztuka broni się sama. Nie ujmując nic Dodzie i innym (o gustach przecież się nie dyskutuje), siłą Nosowskiej jest jej surowy, naturalny talent i żelazna konsekwencja, z którą nie poddaje się bieżącym nurtom. Nie uświadczymy jej w programach typu „Talent show”, nie robi ustawek z fotografami, nie wygina się na ściankach, a zaoszczędzoną w ten sposób energię wykorzystuje na mądre, przemyślane teksty (które w większości pisze sama, bez wsparcia ośmiu producentów i szesnastu asystentów) i eksperymenty z dźwiękiem. I dzięki tej konsekwencji od ćwierćwiecza płonie równym, spokojnym płomieniem, podczas gdy inni wybuchają jak fajerwerki, by za chwilę zgasnąć i zniknąć.

Chciałabym, aby na scenie muzycznej było więcej Katarzyn Nosowskich, a mniej Dorot Rabczewskich. Fajerwerki są ładne i efektowne, ale na dłuższą metę nudzą i z przyjemnego widowiska zmieniają się w męczący hałas.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Reklama

Strona społecznościowa

Reklama

Reklama