UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

O bałaganie

Oceń ten artykuł
(7 głosów)

O równouprawnieniu raczej, w ujęciu bałaganu. Bo bałagan, choć jako wyraz jest rodzaju męskiego, to jednak jest to rzecz kobiet. Dokładniej ich problem.


Niektóre kobiety lubią sprzątać, ale nie znam wielu takich. Znam również chłopaka, który to lubi, aczkolwiek pominę ich wszystkich, gdyż nie będę tutaj pisać o hobby. Większość ludzi bowiem nie lubi sprzątać, choć każdy lubi mieć posprzątane. I tutaj równouprawnienie się kończy, ponieważ w polskich domach za porządek (lub za bałagan) odpowiedzialne są kobiety. Tutaj zaznaczę, że to felieton – nie pamiętnik albo kącik zwierzeń Joanny Greli, choć faktycznie przytrafił mi się kiedyś chłopak, który dni spędzał raczej w domu, a kiedy ja wracałam po 10 godzinach z pracy, miał focha, że podłoga jest nieumyta (sobie umyj sam człowieku!). Poszłam więc od niego, głównie z powodu jego poglądów na temat ról kobiecych w społeczeństwie. I przyznaję, zdarzył mi się taki tylko raz, sądziłam więc, że z tym obowiązkowym sprzątaniem kobiet to nie jest tak źle. No ale jest, jak wynika z obserwacji otaczającego mnie świata.
Aktualnie obserwuję głównie matki małych dzieci, a one siedzą raczej w domu, z uwagi na urlop (no tak...) macierzyński. Z założenia więc one przejmują trud utrzymania porządku w domu. Jedna ma troje dzieci, druga dwoje, trzecia jedno – za to płaczące w kółko (sądzę, że to tak jakby miała troje). Każda z nich ma męża, który wraca do domu po ośmiogodzinnym dniu pracy (poza jednym, który ma etat i własną działalność, jednak weekendy tak jak pozostali – wolne). I wszyscy oni po powrocie do domu są baaaaardzo zmęczeni. Na szczęście czeka na nich obiad. I kanapa, na której mogą się po tym ciężkim dniu wyciągnąć. Czekają na nich również dzieci, z którymi należy się pobawić (chyba że są za małe). Na szczęście jest już tak późno, że dzieci idą zaraz spać. Najpierw jednak należy je wykąpać i o zgrozo! Dwóch z tych trzech opisywanych przeze mnie mężów nawet ich nie kąpie – a jeżeli oni tego nie robią, to robi to matka. A matka, jak wiadomo, cały dzień siedziała w domu. Przecież ma pralkę, która sama pierze, zmywarkę, która sama zmywa (na co zwróciła jakiś czas temu uwagę profesor Magdalena Środa – o jeszcze większa zgrozo – FEMINISTKA) i w ogóle nic nie robi cały dzień, bo dom wygląda, jakby nic nie robiła. Po domu nie widać, że raz odkurzyła i raz zamiotła (bo akurat przed przyjściem taty dziecko zjadło kawałek bułki i wszędzie są okruszki). Nie widać, że umyła podłogę (bo akurat dziecko bułkę popiło soczkiem, który wylał się troszkę na podłogę i się ona teraz lepi). Nie widać, że musiała iść do sklepu, żeby ten obiad ugotować (ale wyjście z dziećmi na spacer to jej obowiązek jako matki, więc przy okazji...). Nie widać, jak ta co ma trójkę, musiała całą trójkę na ten spacer ubrać i opanować w sklepie. I same sobie, moje drogie, jesteście winne (jakbym mogła powiedzieć)! Bo jak pewna Magda – autorka bardzo popularnego profilu na Facebooku o nazwie „Chujowa Pani Domu” – powiedziała w wywiadzie „bycie Chujową Panią Domu to niezły sposób na równouprawnienie i zmuszenie mężczyzn, by też zajęli się obowiązkami domowymi. Przeszkadza ci, że ubrania wysypują się z kosza na pranie? Nic trudnego, włącz sobie pralkę!”. Nie powiem tak jednak (że same jesteście sobie winne), bo urodzenie dziecka postawiło te moje koleżanki w trudnym położeniu. Matki niestety pozbawione są tak dużych możliwości negocjacyjnych jak kobiety bezdzietne.
Matki mają w domach dzieci. Muszą więc uprać (bo muszą w coś ubrać dziecko), muszą ugotować (bo muszą nakarmić dziecko), muszą pozmywać (bo muszą w czymś ten obiad ugotować i podać go dziecku), muszą wyszorować sedes (bo dziecko, jakby go nie pilnować, zawsze znajdzie sposób, żeby sedes pomacać), muszą umyć podłogę (bo dziecko nie umie chodzić, więc pełza, albo umie chodzić, ale się tarza po podłodze, bo jest dzieckiem). Paradoksem dla mnie jest, że to ojca dziecko musi coś zjeść, ojca dziecko maca sedes i ojca dziecko postanowiło polizać podłogę. Czy ojca więc to nie obchodzi? Powiecie pewnie, że skoro ojciec ma to wszystko zrobione przez matkę, to nic mu nie zostało, ale nie! Nie istnieje taka matka, która ma zrobione WSZYSTKO. A jak ma to, coś jest nie tak. Zawsze więc ojciec ma coś do zrobienia.
W partnerskim związku ojciec na przykład ugotuje (bo umie i lubi) dla matki i dziecka na cały tydzień, żeby matka mogła tylko odgrzać, a matka wyszoruje sedes, bo mniej ją to brzydzi niż ojca. I tak zaczyna być. Zdarzają się jednak ojcowie (na przykład mąż jednej z trzech powyżej opisanych koleżanek), którzy w niedzielę wypoczywają i mówią do matki „mogłabyś tu posprzątać” (choć z mojej obserwacji wynika, że mają w domu porządek). Na szczęście to chyba wymierający gatunek. Wciąż jednak ci ojcowie, którzy są godni pozazdroszczenia, „pomagają matkom”, a przecież nie chodzi o to żeby pomagali, tylko żeby zrobili to, co jest do zrobienia i żeby sami się za to zabrali, najlepiej wtedy kiedy matka odpoczywa na kanapie (bo ma od czego!).

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Reklama

Strona społecznościowa

Reklama

Reklama