UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Miasto to dżungla

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

Całe życie jeździłam rowerem. Kiedy byłam w brzuchu u mamy, „rzucili” do sklepu plastikowe trójkołowce, a tata kupił jeden, bo wiadomo czy będą, kiedy już mi będzie potrzebny? Tak więc będąc płodem płci już określonej, ale nikomu nieznanej, stałam się posiadaczką pierwszego w życiu własnego roweru.


Potem miałam Reksia, Pelikana, BMX-a, rower górski, aż w końcu drugi rower górski...
W połowie pierwszej ciąży z roweru zsiadłam, a z powrotem wsiadłam po trzech latach, czyli w zeszłym tygodniu. Ruszyłam w trasę i pojechałam z przedmieścia Piaseczna do Mysiadła zrobić zdjęcie PGR-u. Ach, co to była za podróż! Wniosek mam z niej ogólnie taki, że muszę sobie kupić kask.
Początkowo szło gładko. Wzdłuż torów kolejki wąskotorowej dojechałam do ulicy Dworcowej. Tam musiałam zdecydować – łamać przepisy i jechać chodnikiem czy może jezdnią. Pomyślałam sobie, że przez te trzy lata kierowcy być może zauważyli obecność rowerów na jezdniach i nie muszę się niczego obawiać. Jadę więc sobie spokojnie, nie łamiąc przepisów. Prędkość wzrasta, bo zjeżdżam z górki. Aż tu nagle pani z czerwonej ibizy jadąca w stronę Zalesia postanowiła zrobić manewr zawracający i stanęła prostopadle do drogi tuż przede mną. Matko, pomyślałam, nie sprawdziłam hamulców! Zadziałały, szczęśliwie, a ja stanęłam jak wryta jakieś dwa centymetry przed drzwiami pasażera czerwonego pojazdu. Pani patrzy na mnie, otwiera okno i mówi: „o, przepraszam”. Odpowiadam: „a proszę”. Poczekałam, aż swój manewr wykona i pojechałam z górki dalej.
Przed światłami na Jana Pawła oczywiście korek, między krawężnikiem, a samochodami nie zmieszczę się wcale, może wyjechać na środek, myślę, ale vw golf stoi kołem na podwójnej ciągłej. Wybrałam łamanie przepisu numer 1 i wjechałam na chodnik.
Przejechałam po pasach na zielonym świetle, czego szczerze nienawidzę jako kierowca, no ale tyle się napodejmowałam różnych decyzji przez ostatnie 3 minuty, że zanim pomyślałam, to przejechałam. Znalazłam lukę między samochodami i wjechałam na jezdnię na Powstańców Warszawy.
Jadę, jadę, jadę i myślę sobie, a niech to, zejdę z roweru na pasach, potem dotrę do tych na Okulickiego i wjadę na chodnik, bo przecież za chwilę zamienia się on w ścieżkę rowerową.
O ludzie, co to jest za uczucie. Każdy kierowca zna je raczej. To tak jak wtedy kiedy z zapchanej Puławskiej wjeżdżacie na obwodnicę S2 i hulaj dusza, piekła nie ma. Żadnych świateł, zawalidróg i niebezpieczeństw.
Wjeżdżam na tę ścieżkę, jadę, przekraczam Sękocińską, nie zsiadając z roweru i nie łamiąc przepisów, a samochody, kiedy już chciałam się zatrzymać, ustąpiły mi miejsca. Jadę, jadę, jadę, aż tu pojawia się na znaku przekreślony rower. Najeździłam się. Ścieżek rowerowych w tym powiecie tyle co autostrad i dróg szybkiego ruchu w Polsce 8 lat temu.
Dojechałam do Mysiadła, pokręciłam się, zrobiłam zdjęcia. Za 10 minut kolegium w redakcji, a ja jestem po tej złej stronie Puławskiej – nie dla rowerów. Światła, pasy, światła, pasy, parking. Jestem na ścieżce, jadę. Znowu to cudowne uczucie. Pod policją pani o blond lokach w garsonce idzie SAMYM ŚRODKIEM i jeszcze tyłem do mnie, a obok pan na chodniku z dzieckiem. @#$%^&*, pomyślałam, zwolniłam, wyminęłam panią, jadę, światła, pasy, koniec ścieżki.
Wybiorę chodnik wzdłuż Puławskiej, w końcu na tym odcinku stoi 70 km/h, to mogę chodnikiem legalnie jechać. Matko, co to jest? Płyty chodnikowe jakieś niepoukładane, na sztorc niektóre, jest nawet dziura, która wygląda jak lej po bombie. Bardzo mnie irytują nierówności chodnika, które znienacka narażają mnie na upadek, pomyślałam. Wjeżdżam w kałużę pod wiaduktem kolejowym, co mnie wcale nie irytuje, bo w końcu to moja wina, że nie mam błotników. Przy Syrenki bordowa astra kombi stoi zaparkowana dokładnie między chodnikiem a Puławską. Samochód z Puławskiej skręca w prawo, no nie widzi mnie, bo mu astra zasłania, to stanę. Przecież nie zginę przy Syrenki w błocie. Dojeżdżam do świateł na Okulickiego, patrzę na zegarek. No niemożliwe, żebym jechała z Mysiadła 10 minut? No nic, spóźnię się.
Wjeżdżam do miasta, murek, prawa miejskie od 1429 r. Chodnikiem nielegalnie, jezdnią trochę trudno, wyprzedzają mnie autobusy, zielone światło, zatoka dla autobusów z kostki wychodzi na jezdnię, trochę nierówno, wóz strażacki wystaje z zatoki pod starą OSP, obok dwa samochody się mijają. Dość, myślę, wjeżdżam na chodnik. Mysiadło – Skwer Kisiela, 15 minut.
Wnioski są dwa. Miasto to dżungla. Kupię sobie kask.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Reklama

Strona społecznościowa

Reklama

Reklama